P O L E C A M Y

r e k l a m a

Recenzja książki: "Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów"

okładka

Zapraszamy na recenzję książki:

"Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów"

To już trzeci raz, kiedy spotykamy się z ulubionym inkwizytorem Mordimerem Madderdinem. Mam dla was pokrzepiające wieści - nie zmienił się ani o jotę. Wciąż uwodzi co ładniejsze dziewczęta, wciąż z zajadłą nienawiścią tropi innowierców i odszczepieńców, wciąż w jego sercu płonie żar prawdziwej wiary, wciąż daje o sobie znać jego przerażający i nieludzki pragmatyzm - np. kiedy z pełną świadomością przehandlowuje ludzkie życia na brzęczące sakiewki ze złotem. Osobiście bardzo cieszę się z tej niezmienności – ileż można czytać o plastikowych, szlachetnych herosach, wzdragających się przed zdeptaniem szczura z miejskiego rynsztoka? Co prawda zapadł na jedną chorobę, właściwą bohaterom cyklów fantasy… Ale cóż ze mnie byłby za recenzent, jeśli ujawniałbym wszystkie fakty i ciekawostki już w pierwszym akapicie?

Opowiadanie numer jeden, o intrygującym tytule „Głupcy idą do nieba” rozpoczyna się mocną sceną krzyżowania Jezusa Chrystusa. To oczywiście jedynie teatralna inscenizacja, a Mordimer podziwia ją wespół ze znajomym dramatopisarzem, Heinzem Ritterem, bardzo niezadowolonym z powodu nieprzyznania mu prawa do reżyserowania wspomnianej sztuki. Po dosyć nieoczekiwanym finale udają się do miejsca, w którym trupa Rittera przygotowuje przedstawienie. Tam rozpoczyna się cała historia – bowiem szlachecka córka, osaczona przez zaborczego i bogatego ojca i kilku zauroczonych bądź zadurzonych w niej młodzieńców to nigdy nie jest dobre połączenie. Rzecz jasna problemy wynikające z tej nienajlepszej konfiguracji będzie musiał rozwiązać nie kto inny, jak sam Mordimer Madderdin, inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu.

Piekara popełnił jeden podstawowy, szkolny błąd, nieprzystający twórcy tej miary; wplątał własnego bohatera w sytuację beznadziejną, bez wyjścia, z której nie mógł się wykaraskać nawet przy użyciu swoich niecodziennych umiejętności. O ile samo śledztwo i dochodzenie do prawdy przedstawiono w sposób profesjonalny, o tyle już jego finał nadawałby się raczej do wykorzystania w jakimś średniawym książczydle z dolnej półki, nie zaś do poważnej fantastyki, jaką zwykł uprawiać Piekara. Mordimer związany jak baleron, leży na ziemi, gdy do pomieszczenia wkraczają antagoniści. Pada rozkaz zamordowania go jako niewygodnego świadka. Mordimer (wciąż skrępowany, mający przeciw sobie wyszkolonego zabójcę, uzbrojonego w miecz) zdołał ustawić ciało w taki sposób, ażeby ostrze przeszło swobodnie przez ciało, nie raniąc miejsc witalnych. Zaprawdę szkoda, że nie zdołał przyjąć takiej pozycji, aby jego przeciwnik jednym ruchem rozciął więzy. Zresztą, pozwólcie mi pozostawić to wydarzenie bez komentarza.

„Kości i zwłoki” to opowiadanie, które nieco mnie zaniepokoiło. Przestraszyłem się, że Piekarze powoli zaczyna brakować pomysłów – ponownie Mordimer w towarzystwie Kostucha prowadzi śledztwo w jakiejś zapadłej wiosce, znów zajeżdża do niej zacietrzewiony, niemądry i fanatyczny papista, brat Sforza, główny przeciwnik Mordimera… Wszystko to już gdzieś było, prawda? Czyżby oryginalności starczyło na dwa i pół tomu?

Na szczęście moje obawy okazały się płonne. Niejako powtórzenie historyjki z „Żaru Serca” Piekara zrekompensował kapitalnymi postaciami, nagromadzonymi na kilkudziesięciu stronicach. Dodał do tego niezłą intrygę, wymierzoną przeciwko Sforzy – wyszło naprawdę dobre opowiadanie, które czyta się z przyjemnością. Sam Sforza, człowiek opętany przez dwie osobowości, bezsensowne tortury winowajcy, wreszcie interwencja Kostucha – wszystko to sprawi, że ani się nie spostrzeżecie, a już będziecie stać u wrót kolejnego opowiadania.

Niestety Piekara nie ustrzegł się mankamentu. Wytropienie przestępcy przedstawiono w taki paskudnie trywialny sposób, iż wstydzić się go powinien dziesięciolatek, pisujący opowiadania do szuflady. Wystarczyła jedna rozmowa, aby geniusz śledczy i niesamowita przenikliwość inkwizytora odkryły prawdę. Wydaje się, jakby autor nie miał czasu na porządne napisanie jednej chociażby historii – bo to, co poprowadzone było dobrze w „Głupcy idą do nieba”, strasznie kuleje w następnym tekście. I na odwrót.

R E K L A M A

„Sierotki” to utwór, który nie przypadł mi zbytnio do gustu, aczkolwiek dobrze obrazuje ono pranie mózgu, któremu poddawani są wszyscy inkwizytorzy w sławetnej Akademii. Znowuż akcja toczy się w totalnej głuszy – ciężko nawet dowiedzieć się nazwy wsi, do której trafia Mordimer wraz z Kostuchem i bliźniakami. Chłopstwo samowolnie spaliło domniemaną wiedźmę, a inkwizytor (można już chyba użyć sformułowania „tradycyjnie”) musi dojść do prawdy i przesądzić o winie bądź niewinności.

Nie przepadam za sytuacjami, w których Mordimer musi odwoływać się do nadprzyrodzonych umiejętności w celu rozwikłania zagadki. Tutaj właśnie mamy okazję dostrzec kolejne, mocno niepokojące już symptomy choroby, o której wspominałem w pierwszym akapicie. Inkwizytor powoli staje się nieomylny i niezniszczalny, nie istnieje przeszkoda, z którą nie mógłby sobie poradzić (jeżeli nie indywidualnie to przy pomocy anioła bądź kolegów z Akademii). Na dłuższą metę jest to mocno irytujące i odbiera przyjemność czytania – po co w ogóle zapoznawać się z opowieściami, skoro wiadomo, że w razie poważnych kłopotów Mordimer użyje siły modlitwy, przybędzie jego opiekun i wyzamiata wszystkich przeciwników, stanie się cokolwiek innego, wyciągającego Mordimera za uszy z kabały?

Niejednokrotnie pisałem już o specyficznym fanatyzmie Mordimera. Kolejny raz obserwujemy to w „Sierotkach” – inkwizytor nie przebacza nawet czarownicy, która uratowała go z łap groźnego, nieznanego dotąd potwora. Krępuje ją i obiecuje postawić przed sądem, celem spalenia grzesznego ciała i uratowania nieśmiertelnej duszy. Jak się później okazuje, był to tylko test, który wypadł w pełni pozytywnie.

Następne opowiadanie, „Maskarada”, to chyba najmocniejszy punkt tomu i w ogóle jedna z lepszych historii, jakie napisał Piekara. Już sam początek jest oryginalny – do Mordimera, szukającego osłony przed upałami w chłodnym wnętrzu kościoła, zgłasza się doktor teologii Casimirus Neuschalk. Stanowczo domaga się on odprowadzenia do klasztoru Amszilas, gdzie tępi się najzacieklejszych i najpotężniejszych heretyków. Twierdzi, iż chcąc przywołać sukuba w celu zaspokajania własnych żądz, przez przypadek sprowadził na ten świat mocarnego demona, Belizariusza. W zamian za ochronę i odtransportowanie do klasztoru, podzieli się swoją wiedzą z mnichami, będącymi największymi obrońcami prawowitej wiary.

Zaczyna się bardzo ciekawie, prawda? Sugerujcie się tym cały czas, bowiem dalej jest tylko lepiej. Wyścig z czasem, ślepa łowczyni posłana za Neuschalkiem, brawurowa rozprawa Mordimera z pozaziemską istotą, kolejna zaprezentowana niezwykła zdolność inkwizytora – akcja pędzi na łeb, na szyję, nie dając chwili wytchnienia i zmuszając do pochłaniania kolejnych stronic. Rozmowy Mordimera z demonem to prawdziwy smaczek opowiadania – takie subtelne szarpanie lwa za wąsy, będąc jednocześnie chronionym przez moc własnej wiary.

Imponuje także liczba niecodziennych, interesujących elementów fantastycznych. Zazwyczaj Mordimer rozwiązuje problemy za pomocą walorów umysłowych i siły fizycznej, ewentualnie odwołując się do modlitwy – miło, iż Piekara wreszcie dostrzegł potrzebę odmiany. Tutaj poznajemy wiele więcej z jego zdolności – chociażby magiczny okrąg wiary, utworzony w celu zapewnienia protekcji przed Belizariuszem czy niesamowity sposób zamordowania ślepej łuczniczki. Również Neuschalk, we własnym mniemaniu najpotężniejszy z żyjących demonologów, daje pokaz magicznych sztuczek, jednocześnie wzbudzając podejrzliwość u Mordimera. Wspomnę jeszcze o finałowej, epickiej batalii z prawdziwym monstrum… Tak, „Maskarada” to z całą pewnością kawał porządnej literatury, którą powinien znać każdy szanujący się fan polskiej fantasy.

Wspólnymi siłami dotarliśmy do ostatniej opowieści, tytułowego „Miecza Aniołów”. Wracamy do starego, dobrego Hez-hezronu, który akurat w tej części oglądaliśmy raczej rzadko. Mordimer od dłuższego czasu nie może wykaraskać się z przyziemnych, aczkolwiek poważnych kłopotów – stan jego kiesy przedstawia się gorzej niż źle, a dodatkowo całe dnie musi spędzać w biskupiej kancelarii. Na horyzoncie pojawia się jednak promyczek nadziei – oddelegowany do prowadzenia pewnego śledztwa kanonik popełnia rażące błędy. Dzielny inkwizytor dostaje rozkaz zbadania sprawy…

Opowiadanie spokojnie mogłoby aspirować do miana „bardzo dobrego”. Nie brakuje w nim prawdziwie zabawnych momentów (możemy dowiedzieć się, kogo przyjaciółka Mordimera nazywa „moim wielkim, cudownym bogiem”). Sceneria nie ogranicza się jedynie do Hezu – odwiedzimy także prawdziwie ponure miejsce, jakim są Doły, wielkie cmentarzysko nieopodal murów metropolii. Zetkniemy się również z okropną herezją, z którą Mordimer miał już niegdyś do czynienia. I wszystko wyglądałoby naprawdę przyzwoicie, gdyby nie choroba, trawiąca bohatera Piekary, zaczynająca mnie już mocno irytować, złościć i odbierać przyjemność z czytania.

Autor po raz kolejny rzuca Mordimera w sytuację bez wyjścia i po raz kolejny ratuje go w tendencyjny, głupi sposób, z którym spotykaliśmy się w przeszłości setki razy. Ta niezniszczalność i nieśmiertelność, jeżeli będzie kontynuowana, może znacząco obniżyć walory literackie cyklu o Mordimerze Madderdinie. Mam nadzieję, że kolejny tom cyklu będzie od niej wolny, a inkwizytor wróci do zdrowia i normalności.

Zapraszamy na poniższe podsumowanie.

Podsumowanie:

Cóż, „Miecz Aniołów” jest jak do tej pory najsłabszą częścią cyklu inkwizytorskiego – i nie zmieni tego nawet bardzo dobra „Maskarada”. To jednak wciąż kawał niezłej literatury, którą po prostu wypada znać, jeżeli pragnie się dyskutować o polskiej fantastyce. Pozostaje liczyć na to, że w następnej części Piekara wyeliminuje wspomniane mankamenty i powróci w najlepszej formie.

Opis Wydawcy:

Oto on – inkwizytor i Sługa Boży. Człowiek głębokiej wiary.

Oto świat, w którym Chrystus zstąpił z krzyża i surowo ukarał swych prześladowców. Świat gdzie słowa modlitwy brzmią: „i daj nam siłę, byśmy nie przebaczali naszym winowajcom”. Świat, w którym „nasz Pan i jego Apostołowie wyrżnęli w pień pół Jerozolimy”.

Jeżeli zadajesz pytania, strzeż się, gdyż możesz usłyszeć odpowiedzi - tak głosi stare porzekadło. Inkwizytor Mordimer Madderdin, pokorny sługa Świętego Officjum, nie obawia się zadawać pytań i ze wszystkich sił dąży do odkrycia prawdy o otaczającym go świecie.

Świecie pełnym intryg i zła.

Świecie, w którym ludziom zagrażają demony, czarownicy oraz wyznawcy mrocznych kultów.

Świecie, którego siłą napędową są nienawiść, chciwość oraz żądza.

Temu światu Mordimer Madderdin niesie żagiew Boskiej miłości… Niech zapłoną stosy!

 

okładka

"Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów"

Nasze recenzje:

recenzja recenzja recenzja recenzja


O Autorze książki:

autor

Jacek Piekara(ur. 19 maja 1965 w Krakowie) - polski pisarz fantasy, dziennikarz i redaktor czasopism o grach komputerowych ("Świat Gier Komputerowych", "Gambler", "Click!", "GameRanking", pseudonim: Randall), a także redaktor naczelny czasopisma "Fantasy". Studiował psychologię i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Emigrował do Wielkiej Brytanii. Obecnie mieszka w Warszawie. Publikował pod pseudonimem Jack de Craft. Debiutował w sierpniu 1983 opowiadaniem Wszystkie twarze szatana na łamach miesięcznika "Fantastyka". Jego pierwszą powieścią był Labirynt (1987). Obecnie znany głównie z cyklu opowiadań o czarodzieju Arivaldzie z Wybrzeża oraz opowiadań o Mordimerze Madderdinie... Współpracował przy tworzeniu scenariusza gry komputerowej Książę i Tchórz, w której występuje Arivald - postać z jego opowiadań. Z czołówką polskich aktorów pracował jako reżyser dubbingów, prowadził również autorskie programy w radiu WAWA.


 

Podsumowanie
Recenzja książki: Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów
Plusy Nagroda
  • Dużo wątków stricte fantastycznych
  • Mordimer wciąż pozostaje niezmienny
  • Specyficzny humor
  • Wątki poboczne
  • Maskarada!
ocena
Minusy
  • Cudowne ratowanie bohatera po raz enty
  • Spłycanie niektórych intryg
  • Mocno przesadzone umiejętności Mordimera
Ocena

INFO:

Tytuł:

Oryg. tytuł:

Autor:

Data wyd.:

ISBN-13:

Cena:

Wiek:

Ja, Inkwizytor. Miecz Aniołów

nie dotyczy

Jacek Piekara

6 kwiecień 2012 (Polska)

978-83-7574-709-6

39,90 zł

15+

Wydawca:

Wydanie:

Kraj:

Rok prod.:

Format:

Ilustracje:

Papier:

Liczba str.:

Okładka:

Gatunek:

Fabryka Słów

VI

Polska

brak danych

125x195 mm

brak

brak danych

432

miękka

fantasy


Zapraszamy na zakupy:

Wstecz


Witajcie!

Szukasz sprawdzonych, dobrze wyselekcjonowanych treści? Na pewno masz dość nieprzefiltrowanych treści na stronach www?! Dobrze trafiłeś!

 

Zapraszamy do przesyłania nam recenzji, nowinek, w nagrodę otrzymacie gotówkę i nagrody!


na zakupy?

emag-logo

alsen-pl

mediaexpert-logo

komputronik-pl-logo

morele-net-logo

zadowolenie-pl-logo

neo24-pl-logo-80x15

rtv-euro-agd-logo

media-markt-logo

selkar-logo-128x41

na zakupy?